PUBLIKACJE W INTERNECIE

PUBLIKACJE » PUBLIKACJE W INTERNECIE

Napoleon Siess http://www.maestro.net.pl/index.php/8561-moj-pierwszy-szef-napoleon-siess-1931-1986

Maitre Igor Markevitch http://maestro.net.pl/index.php/9092-moje-spotkania-z-maitre-igorem-markevitchem

MOJE SPOTKANIA Z IGOREM MARKEVITCHEM

 Należał do wybitnych i sławnych mistrzów batuty i dla mnie, wówczas stojącej na początku drogi w zawodzie dyrygenta, wydawał się odległą, jaśniejącą gwiazdą. W owych PRL-owskich czasach nawet nie marzyłam, że los da mi szansę poznać Igora Markevitcha i należeć do grupy Jego uczniów.

 Ta wspaniała znajomość zaczęła się w roku 1975 na Międzynarodowym Seminarium Muzycznym w Weimarze (wówczas Niemiecka Republika Demokratyczna), będącym Mekką młodych muzyków, dla których wyjazd poza żelazną kurtynę był bardzo trudny, prawie niemożliwy. Nazwisko maestro Markevitcha cieszącego się nie tylko sławą dyrygenta, ale także wybitnego pedagoga, przyciągnęło do Weimaru ponad stu młodych dyrygentów z całego świata.

Igor Markevitch, przybyły w otoczeniu świty asystentów swoim światowym sposobem bycia i uprzejmym, lecz zdystansowanym zachowaniem wzbudzał respekt i poważanie. Uczestnikom podpowiedziano, że należy zwracać się do niego francuskim odpowiednikiem „maestro” – „Maître”. Młodzieńczo zafascynowani jego niezwykłą osobowością i pełni zapału pracowaliśmy całymi dniami. Wśród zajęć prowadzonych początkowo przez asystentów były wykłady teoretyczne i analiza partytur, równolegle specjalne ćwiczenia fizyczne oparte na metodzie Mosze Feldenkreisa  służące koordynacji nie tylko ruchów rąk, ale także oczu i głowy, rozluźnieniu mięśni całego ciała i regulacji oddechu. 

 

Zajęcia z Maître polegały najpierw na równoczesnym dyrygowaniu z pamięci przez całą grupę uczestników wyznaczonym wcześniej utworem - w zupełnej ciszy, bez orkiestry, czy fortepianu. Było to charakterystyczne dla metody pedagogicznej Markevitcha i należało do najbardziej fascynujących zajęć na kursie. Często leżeliśmy przy tym wszyscy na podłodze, a wyimaginowana orkiestra znajdowała się na suficie. Markevitch uważał, że wówczas można mieć pełną kontrolę nad ciałem i nad wykonywanymi gestami, bez niepotrzebnych spięć i przyruchów. Bywało też tak, że jedna osoba dyrygowała, a wszyscy stojąc w wielkim kręgu śledzili w wyobraźni przebieg utworu. Maître w jakimś momencie wskazywał następną osobę, aby kontynuowała. Oczywiście było to w środku dzieła i trzeba było wielkiego skupienia i znajomości przebiegu utworu, aby „nie pogubić się”. Pracowaliśmy między innymi nad „Wariacjami na temat Haydna” Johannesa Brahmsa – utworem idealnym do pracy nad różnorodnymi problemami technicznymi i interpretacyjnymi – każda z wariacji stanowiła oddzielne studium dyrygentury.

https://www.youtube.com/watch?v=7lIF1mSPNRw

Markevitch był zwolennikiem tradycyjnej, być może teraz trochę staromodnej techniki dyrygenckiej: oszczędnej i opanowanej, przy tym klarownej i bardzo precyzyjnej. Podstawą było nadawanie prawą ręką pulsu, a lewa - niezależna wskazywała dynamikę, wejścia instrumentów i frazowanie. Jedynie w momentach kulminacji ręce pracowały równolegle. Każdy gest powinien być przemyślany i z góry przygotowany. Ciało, nogi musiały być spokojne, choć rozluźnione. Dyrygent nie powinien popisywać się przed muzykami i publicznością, nie wykonywać żadnych zbędnych ruchów ciałem. Słynne było obrysowywanie stóp adepta kredową linią, której nie wolno było przekraczać podczas dyrygowania.

Te pozornie suche i sformalizowane zasady stanowiło bazę do przekazywania ogromnej ilości szczegółów i niuansów muzycznych. Samo wskazanie frazowania za pomocą lewej ręki, przy uwzględnieniu ruchów smyczka, oddechu, odzwierciedlenie w geście akcentów i artykulacji legato i staccato, płynność ruchu w skomplikowanych rytmach, długa, wielotaktowa fraza - to była ta „wyższa szkoła jazdy”, która ukazywała nowe horyzonty techniki dyrygowania. Sam Mistrz, stosujący ten rodzaj techniki był niezrównanym interpretatorem z jednej strony  „Święta wiosny” https://www.youtube.com/watch?v=aN_Kv4AXiZU&t=1513s i „Historii żołnierza” Strawińskiego ,

https://www.youtube.com/watch?v=VF_Se_XKgjI

z drugiej zaś wielkiej rosyjskiej romantyki - nie przerysowanej emocjonalnie, pełnej subtelnego frazowania, precyzji i przejrzystości.

https://www.youtube.com/watch?v=mfU3z7Tr_TU

Praca z orkiestrą Filharmonii w Jenie była następnym etapem pracy na Seminarium. I znów – jedna osoba prowadziła orkiestrę, pozostali zaś stojąc w rzędach dyrygowali „na sucho”. Za bardzo ważny uważał Markevitch kontakt wzrokowy dyrygenta z muzykami,  sugerował dlatego rezygnację z noszenia okularów podczas prób. Każdemu wskazaniu wejścia musiało towarzyszyć spojrzenie. Muzycy orkiestrowi byli na próbach proszeni o „niepomaganie” i adeptom: nietrzymanie samodzielnie pulsu, niegranie swoich fraz, jeśli młody dyrygent nie wskazywał odpowiednich wejść.

Sam Maître od czasu do czasu wchodził na podium pokazując praktycznie, czego oczekuje od kursantów. Paradoksalnie pomimo ograniczonych i nieefekciarskich gestów, w dyrygowaniu Markevitcha czuło się ogromną dynamikę i artystyczny temperament. Jego sposób frazowania, jego nadawanie pulsu orkiestrze było niezrównane.

Ukoronowaniem Seminarium w Weimarze był uroczysty koncert najlepszych spośród setki uczestników, wybranych przez Mistrza. Miałam zaszczyt dyrygować Scherzem z IV Symfonii Beethovena.

Zainspirowana i napełniona muzyczną nauką wróciłam do do Bytomia i jesienią rozpoczęłam drugi rok pracy zawodowej w Operze Śląskiej– na stanowisku korepetytora solistów i asystenta. Niespodziewanie pół roku później dotarł do mnie list z Francji adresowany odręcznie „na chybił trafił” Agnieszka Kreiner – Orchestre Philharmonique Cracovie. Bardzo szczęśliwym zbiegiem okoliczności, dzięki wspólnym znajomym, list ten nie został wyrzucony do kosza i odnalazł mnie w Operze Bytomskiej. Nadawcą był sam Igor Markevitch, a w kopercie było zaproszenie do jego rezydencji na Lazurowym Wybrzeżu na miesięczny pobyt połączony z dalszą nauką dyrygowania – wszystko na koszt Mistrza.

Realizacja tej wspaniałej, artystycznej przygody wymagała pokonania wielu trudności formalnych. W owych czasach wyjazd na tzw. „zachód” wymagał paszportu, wizy, a przede wszystkim potwierdzonego notarialnie zaproszenia. To wszystko było mało zrozumiałe dla Mistrza, a trzeba pamiętać, że komunikacja możliwa była przede wszystkim korespondencyjnie…. W końcu udało się i w małej francuskiej miejscowości Saint-Cezaire, położonej w górach niedaleko Cannes spędziłam cztery cudowne tygodnie.

Sam dom był wspaniale położony w górach Alpes-Maritimes nieopodal Lazurowego Wybrzeża, o średniowiecznych murach adaptowanych na luksusową rezydencję z tarasami i nieopodal śródziemnomorskim oliwkowym sadem z basenem kąpielowym. Pokoje zaprojektowane przez architekta, w kolorach jesieni, stylowe meble, domowe obyczaje –  eleganckie wspólne obiady i kolacje serwowane przez lokaja w białych rękawiczkach - wszystko to wzbudzało podziw i zarazem onieśmielało osobę wychowaną w PRL-owskich, skromnych warunkach.

Pokoje wypełnione0 były cennymi obrazami, książkami, a przede wszystkim pamiątkami i prezentami od wybitnych ludzi – znajomych i przyjaciół Mistrza. Wśród nich fotografie i portrety Diagilewa, Niżyńskiego, Nadii Boulanger, Beli Bartoka, rysunki Jeana Cocteau.

Ogromna biblioteka zawierał setki partytur i ogromną ilość płyt, wśród nich dziesiątki winyli nagranych przez Markevitcha z orkiestrami całego świata. Niektóre z nich – dublety otrzymałam w darze i mam je do dziś dnia. 

Gospodarz – surowy, wymagający i raczej nieprzystępny na kursie w Weimarze, przy bliższym poznaniu okazał się serdeczny, ciepły i życzliwy, choć niepozbawiony apodyktyczności. Mieszkańcami domu byli, prócz mnie, Oleg – syn Markevitcha, dziś znany dyrygent Oleg Caetani.

 https://www.caetaniconductor.com/

 i Gerhard Markson – uczeń i asystent Mistrza

https://en.wikipedia.org/wiki/Gerhard_Markson.

Atmosfera domu była niezwykle bezpośrednia i przyjazna, choć nastawiona na twórczą i intensywną pracę. Lekcje odbywały się codziennie po południu w gabinecie Mistrza. Spotkania te, w tak wąskim gronie, miały w sobie coś z tajemnego muzycznego obrzędu, wnikania w coraz głębsze pokłady muzycznej wiedzy. Takt po takcie analizowaliśmy partyturę „Morza” Debussy’ego, a Markevitch odkrywał przed nami nieznane szczegóły i niuanse dzieła, których istnienia nie potrafiliśmy zauważyć wcześniej. https://www.youtube.com/watch?v=NrNWH3ubSog

Właśnie ta sztuka i sposób dogłębnego dostrzegania w partyturze szczegółów, logiki dzieła, przebiegu fraz, niuansów, konstrukcji utworu i rozumienia intencji kompozytora była najcenniejszą wiedzą zdobytą w Saint-Cezaire.

Pracowaliśmy także nad techniką manualną, i opanowaniem ruchów ciała i oddechu metodą Feldenkreisa, zwłaszcza nad ich kontrolowanym spowolnieniem. Szczególnie ciekawe były ćwiczenia oczu, umiejętność powolnego i zarazem płynnego przenoszenia wzroku, czego opanowanie nie okazało się wcale łatwe. Wszystko to służyło całkowitej kontroli nad własnym ciałem i przekazaniu własnych intencji muzycznych podczas dyrygowania orkiestrą.

Wieczorami wspólnie słuchaliśmy muzyki z obfitej biblioteki płyt. Markevitch osobiście proponował repertuar godny poznania, a często mniej znany. Pamiętam swój zachwyt nad hiszpańskimi zarzuelami, czyli hiszpańskimi operetkami, które Markevitch nagrał będąc szefem Orquesta de La RTVE w Madrycie.

https://www.youtube.com/watch?v=T9CjMJt2aNU  https://www.youtube.com/watch?v=_fZxMeR6Q6k

Prócz słuchania muzyki prowadziliśmy rozmowy i słuchaliśmy opowieści Mistrza, który opowiadał o swoich doświadczeniach w pracy z orkiestrami wszystkich kontynentów

Choć do codziennych lekcji dyrygowania trzeba było się solidnie przygotowywać, nie brakowało też wakacyjnych chwil – pływania, gry w tenisa stołowego, wspólnych wypadów. Maître  uwielbiał proste rozrywki, wspierał też lokalne muzyczne wydarzenia. Jeździliśmy więc do pobliskiego Cannes na pokaz fajerwerków, czy do cyrku, uczestniczyliśmy w plenerowych koncertach i festiwal. Wyprawy te miały zawsze w sobie trochę adrenaliny, gdy Maestro wieczorem po zakropionej winem kolacji siadał za kierownicą swego BMW i drogę powrotną do Saint-Cezaire po krętych  i wąskich drogach odbywał w szaleńczym tempie, przejeżdżając jednopasmowe, liczne tunele, swoje pierwszeństwo obwieszczając jedynie długim klaksonem…

Pobyt w Saint-Cezaire pozwolił mi nieco bliżej poznać Mistrza, jego niezwykłą, fascynującą osobowość. Nie potrzebował on zachowywać się ekscentrycznie, popisywać, udawać wielkiego. On po prostu taki BYŁ. Wyjeżdżałam ze smutkiem i świadomością, że był jednym z najwspanialszych okresów w moim życiu… Nawiązana tego lata znajomość z Maitre przetrwała w stałej korespondencji.

W następnych latach miałam okazję spotkać Markevitcha jeszcze dwukrotnie.

W roku 1977 Markevitch przyjechał na koncert w Filharmonii Narodowej. Przybyłam do Warszawy, aby uczestniczyć w próbach i koncercie. Po przylocie, na Okęciu spotkała go  okropna przygoda; nie posiadając wizy polskiej (uważał, że otrzyma ją automatycznie na lotnisku) został zatrzymany i dopiero nazajutrz udało się organizatorom z Filharmonii uwolnić go, jak sam później mówił, „z więzienia”. (takie to były czasy).

Maître prowadził próby z orkiestrą FN w sposób niezwykle skoncentrowany. Mówił niewiele, wszelkie muzyczne sugestie wypływały z jego gestów. Wśród orkiestry panowała atmosfera skupienia. Fascynujące było, jak repertuar  (m. in. suita „Dafnis i Chloe”  Ravela)

https://www.youtube.com/watch?v=NLugpjVogNo&t=164s

z dnia na dzień nabierał muzycznych kształtów, aż do koncertu, kiedy orkiestra dała z siebie wszystko, a publiczność szalała z zachwytu.

Podczas pobytu w Warszawie Markevitch, który pracował wówczas nad wydaniem partytur wszystkich symfonii Beethovena, poprosił mnie o pomoc w udostępnieniu rękopisów symfonii pochodzących z Biblioteki Berlińskiej, a mający się znajdować w depozycie w Bibliotece Jagiellońskiej. Wtedy prawie nikt w Polsce nawet o tym nie wiedział, a kto wiedział, ten milczał. Moje telefony do osób ewentualnie kompetentnych wprawiały rozmówców w zakłopotanie i przerażenie. Jak się później okazało sprawa była tajna i polityczna. Rękopisy dzieł Mozarta i Beethovena z Biblioteki Jagiellońskiej można było oglądać dopiero wiele lat później, dzięki Stowarzyszeniu im Ludwiga van Beethovena i pani Elżbiety Pendereckiej.

Po raz ostatni spotkałam się z Maître w następnym sezonie. Zaprosił mnie do Lipska, gdzie prowadził koncert z orkiestrą Gewandhausu. Na szczęście podróż do ówczesnej NRD nie wymagała wizy, a Opera Śląska udzieliła mi urlopu. W programie koncertu Schubert, De Falla i Czajkowski.

https://www.youtube.com/watch?v=aGh3ILLv9WI

Kolejne serdeczne rozmowy, także o życiu, przysłuchiwanie się próbom orkiestry, wspaniały koncert i plany ponownego spotkania, nigdy nie zrealizowane.

Pozostała wymiana serdecznej korespondencji, zawsze życzliwe zainteresowanie moim życiem i rozwojem artystycznym. Wyrazem wielkoduszności Markevitcha było niespodziewane otrzymanie w roku 1981 wielkiej paczki żywnościowej, kiedy to w Polsce panował stan wojenny, a jedzenie było sprzedawane na kartki. Ostatnim listem Maitre były gratulacje z okazji zaangażowania mnie do Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie w roku 1982. Napisał wówczas, że jest szczęśliwy że sprawiłam radość „a ton vieux maitre”.

Igor Markevitch zmarł na serce w Saint-Cézaire w roku 1983 w wieku 70 lat, po powrocie z wyczerpującego tournée do Japonii i Związku Radzieckiego.

https://www.youtube.com/watch?v=3yOrW7uAQBI

Pochowany został na cmentarzu w pobliskim Antibes.